Publikacje
PDF Drukuj Email

„Kiedy przygnębienie i niemoc zaczynają królować w naszym życiu – czyli kilka refleksji na
temat natury depresji”

Myślę,  że  śmiało  można  postawić  hipotezę,  iż  stany  przygnębienia  i  niemocy  są
znane nam wszystkim w różnym wymiarze i natężeniu. Sama, próbując pisać ten wykład,
zmagałam  się  z  tego  rodzaju  uczuciami.  W  związku  z  tym  nasuwa  się  pytanie  –  skoro
każdemu  z  nas  mogą  towarzyszyć  owe  uczucia,  to,  dlaczego  połączyłam  je  z  naturą
depresji? Mam nadzieję, że uda mi się, choć częściowo odpowiedzieć na to pytanie
W pierwszej części wykładu skoncentruję się na wyjaśnieniu rozumienia stanu melancholia
wprowadzonego  przez  Zygmunta  Freuda.    W  dalszej  kolejności  chcąc  zilustrować  naturę
depresji, skupię się na bohaterce książki Joanny Bator „ Ciemno prawie noc”, która w 2013
została  wyróżniona  nagrodą  Nike.  Opisuje  ona,  według  mnie,  zmagania  zarówno  głównej
bohaterki,  jak  i  mieszkańców  Wałbrzycha,  gdzie  toczy  się  akcja,  z  radzeniem  sobie  z
naturą utraty.  
Zanim  jednak  podążymy  w  kierunku  analizy  książki,  chciałabym  zacytować  ojca
psychoanalizy Zygmunta Freuda, który jako pierwszy połączył sytuację utraty ze źródłem
depresji  w  swoim  artykule  „  Żałoba  i  melancholia”  (1915,1917).Pisze  o  tych  dwóch
stanach, twierdząc, iż, „ zestawienie melancholii i żałoby uzasadnione jest przez ogólny
obraz obu tych stanów.  (…) Żałoba regularnie stanowi reakcję na utratę ukochanej osoby
czy też zajmujące jej miejsce abstrakcji w rodzaju ojczyzny, wolności, ideału itd. W tych
samych  warunkach  miejsce  żałoby  zajmuje  u  pewnych  osób,  które  z  tego  względu
podejrzewamy o dyspozycję do choroby melancholia”.
W związku z tym należałoby sądzić, iż żałoba jest naturalną reakcją na utratę ukochanej
osoby  lub  jakiegoś  abstraktu,  np.  wyobrażonego  ideału  pracy,  zamierzonego  sukcesu  czy
choćby  rozpadu  związku.  Z  tej  perspektywy  jest  ona  naturalną  reakcją  gdyż  wiąże  się  z
przeżyciem rozstania po utracie kogoś lub czegoś, co było nam bardzo bliskie.
Jednocześnie  Freud  stawia  hipotezę,  że  u  niektórych  osób  te  same  przyczyny
doprowadzają  do  stanu  melancholii  (  melancholia  w  czasach  Freuda  była  synonimem
depresji).  Uważa on, iż melancholia „ pod względem psychicznym wyróżnia się głębokim i
bolesnym  zniechęceniem,  ustaniem  zainteresowania  światem  zewnętrznym,  utratą
zdolności  do  kochania,  zahamowaniem  każdej  sprawności  i  spadkiem  samopoczucia,
wyrażających  się  zarówno  w  formie  zarzutów  i  pretensji  kierowanych  pod  własnym
adresem, posuwającym się aż do obłędnego oczekiwania kary”.
Na  tej  podstawie  można  wywnioskować,  iż  melancholia  wiąże  się  z  trudnością  przeżycia
żałoby - czyli innymi słowy pożegnania się z tym, z kimś, co było nam bliskie. Według ojca psychoanalizy,

w procesie żałoby „ sprawdzian rzeczywistości pokazał nam, że umiłowany
obiekt już nie istnieje, po czym domaga się, by z wszystkich związków, – jakie łączyły nas z
tym obiektem wycofać całe libido”. (Libido oznacza zaangażowanie, umiłowanie.)
Czyli  w  momencie,  w  którym  musimy  rozstać  się  z  ukochaną  osobą  lub  wyobrażeniem
następuje,  z  punktu  widzenia  Freuda,  konieczność  wycofania  zaangażowania  oraz
żywionych  uczuć  do  tej  osoby  lub  tego,  co  było  naszym  pragnieniem.    W  konsekwencji
wiąże się to z konfrontacją, iż pożądany i upragniony przez nas cel bądź osoba nie istnieją,
jak np. w przypadku śmierci osoby.
Jest  to  bardzo  trudny  i  bolesny  proces.  Jednakże  przeżycie  owego  bólu  oraz  możliwość
opłakania straty daje nam szansę na odzyskanie utraconej równowagi.
Melancholia,  jak  pisałam  wyżej,  wiąże  się  z  niemożnością  zgody  na  żałobę  bywa  też
reakcją  na  utratę  czegoś  nieświadomego.  Często  trudno  jest  określić,  co  tak  naprawdę
utracił melancholik, co dodatkowo komplikuje stan rzeczy Może to prowadzić do sytuacji,
w której osoba ogarnięta depresją, pogrąża się w smutku, niemocy. Dodatkowo następuje u
niej „obniżenie poczucia własnej wartości”, mimo że bezpośrednie wydarzenie, które je
wywołało może być obiektywnie niewidoczne.
W  swoim  artykule  Freud    (ZiM)  pisze  „Chory  opisuje  nam  swoje  „ja”,  jako  niegodne,
niezdolne  do  czegokolwiek,  moralnie  podłe,  robi  sobie  zarzuty,  obrzuca  się  obelgami,
oczekuje  odrzucenia  i  kary”.    Być  może  ten  opis  przypomina  państwu  kogoś,  kto  mówił
„jestem do niczego, jestem beznadziejny; nic nie potrafię, tylko przeszkadzam”. Właśnie
tego  typu  myśli  są  wyrazem  wewnętrznego  dramatu,  z  jakim  zmaga  się  osoba.  Gdyż  z
jednej strony mamy cierpienie, smutek, pogrążanie się w stanie przygnębienia w wyniku
doświadczania depresji, z drugiej zaś dodatkowo obserwujemy wzmacnianie owego stanu
krytycznymi stwierdzeniami.  
Zdarza  się,  iż  osoba  zmagająca  się  z  taką  sytuacją  może  słyszeć  od  innych  „weź  się  w
garść”, „nie ma co biadolić”, co przeżywa dodatkowo, jako zarzuty. Często jest to wyraz
bezradności otoczenia wobec stanu osoby, jak również nieświadomą odpowiedzią psychiki
osoby pogrążonej w depresji oraz „pomocą” w dręczeniu siebie i utwierdzaniu w poczuciu
beznadziei.
Naturalne wydają się pytania o to, za co tak oskarża się osoba w depresji oraz czy owe
krytyczne uwagi pod jej adresem są prawdziwe.
Według  Freuda,  nie  jest  kwestią  najważniejszą  rozstrzyganie  prawdziwości  owych
przekonań – tylko zwrócenie uwagi, iż odzwierciedlają one realny stan psychiczny wnętrza
danej  osoby.  W  melancholii  widzimy,  jak  człowiek  cierpi  na  „utratę  w  obrębie  EGO”,  co
stanowi zasadniczą różnicę, kiedy dana osoba cierpi z powodu realnej utraty. Freud pisze

„Ego  występuje  przeciwko  innej  jego  części,  obsadzając  ją  krytycznie  i  traktując,  jako
OBIEKT”. Dlatego też osoby depresyjne cierpią, pogrążając się w koncentracji na swoich
ułomnościach, niedostatkach i niemocy.
Co to znaczy, że część Ego występuje przeciwko sobie?
Ojciec  psychoanalizy  wprowadził    strukturalny  model  psychiki,  dzieląc        ją  na  trzy
instancje - id, ego i superego – czyli w uproszczeniu: chcę – wiem, rozumiem – powinnam.
Jednym z celów ego jest „odbieranie” czy odczytywanie realności w zgodzie z obiektywną
prawdą.  Jednocześnie  w  depresji  ego  w  części  zostaje  opanowane  przez  „utracony
obiekt”, czyli można powiedzieć, że upragniona przez nas osoba czy wyobrażenie zamiast
zostać  uznane  za  utracone,  zamieszkuje  w  ego.  Oznacza  to,  iż  w  wyniku  realnego
rozczarowania  lub  braku  odpowiedzi  z  upragnionej  strony  dochodzi  do  zahamowania
możliwości  tworzenia  realnej  relacji.  W  rezultacie  osoba  pogrążona  w  melancholii
dokonuje „wchłonięcia w siebie”, czyli identyfikacji owego pożądanego utraconego stanu,
osoby, zatrzymując ją w sobie i nie dopuszczając do rozstania się z nim.  Odwołując się do
tezy Freuda podobne stanowisko przedstawia Caroline Garland.   Rozważając zagadnienie
traumy twierdzi, iż „ wielu ludzi, którzy przeżyli traumę- zamiast mierzyć się z poczuciem
winy  ocalonych  i  z  wściekłością  o  to,  że  zmarli  ich  porzucili,  wybiera  łatwiejszą  drogę.
Przeżywanie  żałoby  po  stracie  poczucia  tożsamości  sprzed  traumy  i  drugiej  osoby  –
zwłaszcza w świecie, który wydaje się całkowicie zniszczony, odczuwane jest, jako zadanie
niemożliwe do udźwignięcia”. Niektórzy odwracają się od tego zadania i identyfikują się ze
zmarłym  obiektem.  Zamiast  przeżywać  żałobę  po  zmarłych  lub  po  stracie  swojej
wcześniejszej  nieuszkodzonej  tożsamości,  zanurzają  się  w  patologicznym  substytucie
żałoby, czyli w melancholii.”
Może pojawić się pytanie: :Co złego jest w tym, że chcemy mieć blisko siebie coś lub kogoś
utraconego?    Przecież  zdarza  się,  że  dziecko  idące  do  przedszkola  dostaje  od  mamy  na
szyję jej zdjęcie, żeby mieć blisko siebie jej wyobrażenie, żeby móc się do niego odwołać,
przypomnieć  sobie  mamę,  a  być  może  też  myśl  kojącą,  którą  zwykła  mówić  mama.
Generalnie  rozumiemy,  że  celem  tego  działania  jest  wspieranie  dziecka  w  tej  sytuacji
zmiany  
Jednak  w  sytuacji  depresji  „  identyfikacja  z  utraconym  obiektem”,  czyli  „zaproszenie”,
„wchłonięcie” go do ego pełni inną rolę niż ta w przykładzie przedstawionym wyżej.   Jak
pisze  C.  Garland  -  jest  to  odwrócenie  się  od  konfrontacji  z  rzeczywistością,  co  w
konsekwencji hamuje przeżycia uczuć związanych z utratą, a tym samym dalszy rozwój.
Podsumowując.  Według  Freuda,  głównym  czynnikiem  powstawania  depresji  jest
niemożność przeżycia utraty, a co za tym idzie związanej z nią żałoby. Aby nie dopuścić do
utraty, osoba identyfikuje się z tym, co utraciła. A to sprawia, że miejsce utraty zajmuje wrażenie 

posiadania  tego,  co  miało  być  utracone.  Tym  samym  osoba  zapewnia  sobie
nieświadomy kontakt z utraconym obiektem odsuwając od siebie bolesne uczucia związane
koniecznością rozstawania się.  
Kontynuacją  i  ważnym  uzupełnieniem  myśl  Freuda  w  kwestii  natury  depresji  jest  m.in.
tekst Melani Klein (1940) „ Żałoba i jej związek ze stanami maniakalno – depresyjnymi”, w
którym już w samym tytule autorka wskazuje na związek przeżywania żałoby i depresji.
Autorka już w samym tytule wskazuje na związek przeżywania żałoby i depresji.
Twierdzi również, iż od najwcześniejszego dzieciństwa, czyli stanu niemowlęctwa, dziecko
jest  w  stanie  doświadczać  uczuć  depresyjnych.    Według  niej  „  obiektem,  po  którym
dziecko przeżywa żałobę jest pierś matki oraz wszystko, co w umyśle dziecka reprezentuje
pierś i mleko – miłość, dobroć, bezpieczeństwo”.
Melani Klein uważa, że radzenie sobie z uczuciami związanymi z utratą piersi, z tym, że
nie ma możliwości ciągłego i nieustającego karmienia, że matka odchodzi i powraca, staje
się prototypem radzenia sobie w przyszłości z podobnymi uczuciami. Uważała ona, że wraz
z realną utratą np. karmiącej piersi, towarzyszy dziecku równoległy wewnętrzny proces,
podczas którego może to przeżywać, jako utratę matki. W konsekwencji niemożność zgody
na rozstanie z utraconą np. piersią zewnętrznie – a jej wewnętrzną reprezentacją – może
prowadzić do stanów depresyjnych.
Zanim zajmiemy się analizą historii bohaterki chciałabym krótko streścić treść książki.
Opowiada ona o reporterce Alicji Tabor, która wraca do Wałbrzycha, miasta swojego
dzieciństwa. Po przyjeździe zamieszkuje w pustym poniemieckim domu, z którego sprzed
laty wyruszyła w świat. Celem wizyty jest napisanie reportażu na temat tajemniczych
zniknięć dzieci. Ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej
rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej
wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. W wyjaśnianiu tajemnicy zaginionych
dzieci pomaga jej bratanek przyjaciela rodziny, z którym nawiązuje bliższą relację. W
finale książki, dowiadujemy się, że Alicji wraz z przyjaciółmi udaje się uratować jedną
dziewczynkę z rąk przestępców, którą w konsekwencji adoptuje. Z powodu zaginięć dzieci
rośnie niepokój i napięcie wśród mieszkańców Wałbrzycha, pośród których pojawia się
prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna.
Zwróćcie  państwo  uwagę,  że  świadomym  celem  jej  wizyty  w  Wałbrzychu  jest  napisanie
artykułu  o  zaginionych  (utraconych)  dzieciach  w  rodzinnym  mieście.  Jednocześnie,
odwołując  się  do  myśli  Freuda,  wydaje  się,  że  można  powiedzieć,  iż  nieświadomie
powraca,  żeby  zmierzyć  się  z  własnymi  bardzo  dotkliwymi  utratami,  jak  śmierć  siostry,
ojca, jak również utratą własnego dzieciństwa. Naszą  bohaterkę  poznajemy,  w  pociągu, 

w  trakcie  podróży  z  Wrocławia  do  Wałbrzycha,
Snuje  ona  refleksje  nad  kluczem  do  rodzinnego  domu  zamkniętym  w  portfelu,  który  to
klucz zawsze potrzebowała mieć przy sobie. Portfel okazuje się być prezentem od jednego
z  wielu  mężczyzn  w  jej  życiu,  –  „gdy  odszedł,  poczułam  ulgę,  bo  nauczona  długim
doświadczeniem, wiem, co robić, gdy opuszcza mnie kolejna osoba, ale źle sobie radzę,
gdy ktoś chce ze mną zostać albo próbuje mnie zatrzymać”.
Co widzimy w tej pierwszej scenie?
Niewątpliwie widzimy w tym pielęgnację i dbałość o to, żeby mieć ów klucz przy sobie – co
wydaje  się  być  nieświadomym  trwaniem  w  przywiązaniu  do  miejsca  urodzenia  oraz
nieświadomym sposobem zatrzymania więzi z domem, pozostawaniem w kontakcie mimo
fizycznej wieloletniej nieobecności. Jednocześnie być może posiadanie klucza przy sobie
pokazuje,  że  bohaterka  trzyma  w  sobie  „narzędzie”  potrzebne  do  otwarcia  swojego
wnętrza.  
Powyższy  cytat  wskazuje  również  trudność  w  związaniu  się  na  trwałe  z  mężczyzną  oraz
stworzenie dobrego – satysfakcjonującego związku.
Paradoks? Przypadek?
Czy  raczej,  odwołując  się  do  myśli  Freuda,  niemożność  trwałego  związania  się  w  życiu
dorosłym możemy próbować rozumieć, jako „identyfikację z utraconym obiektem”, a tym
samym  wybór  pozostawania  w  sytuacji  niepozwalającej  przeżyć  żałoby  i  podjęcia  próby
ułożenia sobie życia.  Myślę również, iż Bator przytaczając historie z portfelem – w pewien
sposób zapowiada, o czym będzie jej książka.  Metaforycznie możemy pomyśleć, że portfel
jest  niczym  wnętrze  Alicji  przepełnione  starymi  rzeczami,  bo  zamiast  być  wypełniony
monetami skrywa w swym wnętrzu klucz.   Wydaje się, że autorka tym samym, sugeruje
nam, prostą prawdę o życiu.  W wypełnionych miejscach, trudno znaleźć przestrzeń na coś
nowego. Sugeruje, że tak jak portfel, wnętrze Alicji jest wypełnione martwymi obiektami
zamiast żywymi.  
Wcześniej  wspomniałam,  że  klucz  symbolizuje  „narzędzie”,  umożliwiające  dotarcie  do
swojego  wnętrza.  Jednocześnie  wiemy  też,  że Alicja  Tabor,  przez  wiele  lat  nie  mogła  z
niego  skorzystać,  co  najprawdopodobniej  wskazuje  na  jej  lęk  przed  konfrontacją  z  tym
wszystkim, co mogłoby być odkryte.
Jednak po wielu latach powraca.   Widok domu uruchamia w niej skojarzenie z wizytą w
warszawskim schronisku dla zwierząt – przypomina sobie, jak trudno jej było zapomnieć o
zwierzętach  tam  pozostawionych.  „  Nie  mogłam  przestać  myśleć  o  tych  niewybranych
zwierzętach, na próżno oczekujących za kratkami boksów. Tego poniemieckiego domu (…)
nie wybrałabym nigdy, a jednak należał do mnie i nic na to nie mogłam poradzić”. Jest  bardzo 

prawdopodobne,  że  to  skojarzenie  –  opuszczonych,  zaniedbanych,
niechcianych zwierząt – nieświadomie kontaktuje naszą bohaterkę z własnymi i uczuciami
opuszczenia,  zaniedbania  czy  bycia  niechcianą,  o  czym  dowiemy  się  później.  Być  może
czuje, że w jej wnętrzu brakuje takiego wewnętrznego domu, który dał byłby ukojenie tym
wszystkim bolesnym i niechcianym uczuciom.  
Moją uwagę zwracają też słowa – „ nic na to nie mogłam poradzić”. Prawdą jest, że tak na
pewno  czuje  Alicja,  i  rzeczywiście  nie  mamy  wpływu  na  to,  gdzie,  jako  dzieci
mieszkaliśmy,  jacy  byli  nasi  rodzice.  Można  rozumieć,  że  bohaterka  mówi  o
doświadczeniach, które w niej są zdeponowane, ale czy z nimi rzeczywiście nic nie można
zrobić? Czy raczej jest to głos, który „pomaga” pozostawać w owym połączeniu z tym, co
było, z tym, co przeminęło i oddala od możliwości zmiany.
Dom pod nieobecność Alicji był doglądany przez przyjaciela rodziny, który z troską i
czułością dbał o miejsce, którego tak unikała. Wejście do domu budzi w niej wiele uczuć,
ale też przywołuje znane zapachy oraz wspomnienia.  Rozglądając się, dostrzega za oknem
jabłoń  „ tego  roku,  gdy  umarła  moja  siostra,  jabłoń  przestała  kwitnąć  i  ojciec  chciał  ją
wyciąć, ale pan Albert przekonał go, żeby dał jej szansę”.   Wydaje się, iż zastopowanie
wzrostu jabłoni ma ilustrować, co nastąpiło w Alicji na skutek śmierci siostry oraz utraty
tego, co sobą reprezentowała, – czyli dobra, opieki, bezpieczeństwa. Pokazuje także, jak
jej  miejsce  zastąpiła  martwota.  Reakcja  ojca  Alicji  wydaje  się  wskazywać  na  dość
powszechne  zachowanie  w  obliczu  bolesnych  doświadczeń,  czyli  chęć  usunięcia  tego,  co
bolesne. W dalszej części książki dowiadujemy się również, że był gotów nie tylko porzuć
jabłoń, ale że był również gotów zostawić dzieci same lub z szaloną matką, a sam udawał
się w świat iluzji. Natomiast postawa pana Alberta – jak pisał Freud – daje nadzieję, na
odrodzenie w procesie żałoby.
Wydaje się, iż ta sytuacja obrazuje nam wewnętrzny konflikt, jaki dotyka Alicję: żyć czy
umrzeć.   
Na koniec pierwszego rozdziału pada  
stwierdzenie  „  ew,  by  zrozumieć,  co  się  stało”.  Słowa  te  wydają  się  być  ewolucją  głosu
pana Alberta, który namawiał, by dać szansę jabłoni. Alicja wchodząc do domu znajduje na
stole również jabłka z owej jabłoni, można pomyśleć, iż stanowią one zarówno nadzieję na
odzyskanie nowego życia jak i dowód, że może się ono odrodzić. Ale, żeby tak się stało
niezbędna jest pomoc troskliwego ogrodnika.
Pozornie  wraca,  żeby  rozumieć  to  stało  się  z  zaginionymi  dziećmi  –  ale  my  też  możemy
myśleć, że jest w niej gotowość, żeby sięgnąć po tak wiele lat odkładany klucz.  Być może jest

również tak, że czasem musi upłynąć wiele lat, musi nagromadzić się wiele bolesnych
doświadczeń, aby skorzystać z pomocy, jaką jest terapia.   
Powstaje  pytanie,  czym  jest  owa  gotowość?  Dojrzałością,  granicą  wewnętrznego
cierpienia?
Jak wspomniałam wcześniej, Alicja pojawia się w Wałbrzychu w celu napisania reportażu o
zaginionych  dzieciach  –  tym  samym  historia  ta  staje  się  tłem  do  zmagań  się  naszej
bohaterki  z  własną  przeszłością.  Jak  można  sobie  wyobrazić,  owe  zniknięcia  dzieci
zaczynają  wywoływać  ogromne  przerażenie  i  zagrożenie  w  mieszkańcach.  W  oparach
chaosu  i  niepewności  pojawia  się  postać  Jana  Kołka,  który  z  bezdomnego  poszukiwacza
węgla staje się dla mieszkańców miasta głosem Matki Boskiej Bolesnej. Możemy przeczytać
„W końcu ktoś miał odpowiedź na to wszystko, co się działo w mieście, znał los zaginionych
Andżeliki i Patryka, Matka Bolesna powiedziała Janowi Kołkowi, że zabrała dzieci do siebie.
Dlaczego? Aby ukarać ludzi za grzechy, aby się ocknęli i stanęli do walki z szatanem”.
Wydaje  się,  że  postać  Jana  Kołka  wyraża  nieświadome  poczucie  winy,  związane  z
zaginięciami dzieci, co w naturalny sposób koresponduje z wyobrażeniem kary. A reakcja
tłumu  pokazuje  nam,  jak  trudno  w  obliczu  tragedii  pozostawać  w  stanie  niewiedzy  i
niepewności. Często w takiej sytuacji jesteśmy skłonni uciekać w świat iluzji i fałszywych
prawd, które dają złudzenie ukojenia.
Jednocześnie  postać  Jana  Kolka,  a  później  i  jego  śmierć,  zaczęła  wywoływać  w  tłumie
skrajne  emocje  oraz  formowanie  się  obozów  za  i  przeciw  jego  osobie,  które  w
spektakularny sposób, próbowały jedna drugą zwalczyć. Jak pisze Bator, „Sprawa dwojga
zaginionych  dzieci  została  pogrzebana  pod  pyskówkami  i  przepychankami,  a  obie  grupy
nieraz myliły ich imiona”.
Wydaje  się,  że  w  tym  fragmencie  pisarka  w  fenomenalny  ironiczny  sposób  wskazuje  na
dość powszechny mechanizm, „ grzebania” smutku i straty pod irracjonalnymi konfliktami,
które tak skutecznie chronią przed uznaniem żałoby.
Być może pamiętają Państwo film „Wojna Państwa Rose”, który opowiada o małżeństwie,
które  po  latach  szczęśliwego  i  udanego  wspólnego  życia  postanawia  się  rozwieść.
Rozpoczynają  walkę  o  majątek  prześcigając  się  w  wymyślaniu  sposobów  na  pokonanie
małżonka.  Można  powiedzieć,  że  owa  tytułowa  wojna  skutecznie  odsuwa  ową  parę  od
przeżyć związanych z rozstaniem, chroni ich przed goryczą porażki. Nie chcą widzieć, że
razem budowany świat rozpada się i każdy w wyniku rozstania musi coś utracić. Świadomie
walczą ze sobą o dom, nieświadomie wojują raczej o to, żeby odsunąć od siebie uczucia
przygnębienia, być może również niemocy, która przyszła by, gdyby zdobyli się na refleksję
nad sytuacją. Od tej refleksji skutecznie odsuwa ich obopólne dręczenie się nawzajem. Film 

kończy  się  tragicznie  śmiercią  bohaterów  –  paradoksalnie  można  powiedzieć,  iż
walcząc o niewidzenie uśmiercenia swojego małżeństwa, umarli.
Wracając  do  naszej  bohaterki,  widzimy  u  niej  podobny  mechanizm;  kiedy
porządkuje materiał reportażowy, pojawiają się w niej myśli „czułam, jak w przygniatający
mnie smutek wkrada się ekscytacja niezbędna, bym mogła pracować”.  Trudno nie myśleć,
że  ta  potrzeba  „czegoś  ekscytującego”,  była  próbą  zamykania  „oczu  psychiki”,  na
niechciane  myśli  i  uczucia  w  niej.  Słowa  te  pokazują  jak  nie  mogła  pozostać  ze  swoim
„bezimiennym  przerażeniem”,  można  powiedzieć,  że  łatwiej  jej  było  zająć  się  cudzymi
sprawami niż zatrzymać się i dopuścić skrywane w sobie przerażenie i grozę dziecięcych
doświadczeń.
Wgłębiając  się  coraz  bardziej  w  postać  naszej  bohaterki  możemy  przeczytać:  „jestem
tylko  reporterką.  Moja  praca  polega  na  zbieraniu  opowieści  i  wypuszczaniu  ich  między
ludzi. Każdą cudzą opowieść wyprawiam w drogę, by sobie sama radziła.  (…) Powtarzam
tę mądrość jak mantrę i również często w nie wątpię. Czuję się wtedy bezsilna, ciężka i
nieruchoma jak kamień. Nieraz myślałam w pracy, żeby wrócić do domu, przebrać się w
sportowy strój i pójść pobiegać. Pęd powietrza sprawia, że moje mięśnie się rozluźniają,
napięcie opada i znów jestem Alicją Pancernikiem, która potrafi stawić czoło nienawiści i
głupocie, śmierci i zniszczeniu”.  
Z  jednej  strony  Bator  pisze  o  swojej  bohaterce  „  czuję  się  wtedy  bezsilna,  ciężka  i
nieruchoma jak kamień”, co ilustruje moim zdaniem – ciężkość bagażu jej doświadczeń.  
Możemy próbować wyobrazić sobie, że owy kamień podobnie jak klucz w portfelu wypełnia
jej wnętrze ( martwe obiekty), uniemożliwiając swobodne i radosne życie. Z drugiej zaś
strony czytamy, że Alicja, żeby poradzić sobie z tym fantazjuje o możliwości biegania, czyli
fizycznym  odreagowaniu.  W  konsekwencji  myśli  te  przynoszą  jej  ulgę,  gdyż  pozwalają
wierzyć, iż może stać się, Pancernikiem, który nie czuje już tego, co przygniata.  
Kolejny  cytat  koresponduje  z  tym,  o  czym  przed  chwilą  mówiłam  i  pokazuje,  że
traumatyczne wydarzenia pociągają za sobą potrzebę uruchamiania potężnych obron, żeby
przetrwać, „Gdy wyszłam z odrętwienia spowodowanego żałobą, odczułam zawstydzającą
ulgę, bo oprócz ojca nie miałam żadnej rodziny, a to znaczyło, że jeśli się postaram nie
przywiązywać, nikogo więcej nie utracę”.
Wydaje się, że stawnie się „pancernikiem” czy „twardodupcem” pomagało jej zamrażać w
sobie  ciepłe,  przyjazne,  miłosne  uczucia.  Tym  samym  mogła  nie  czuć,  że  tęskni,  że
potrzebuje szczęśliwej, kochającej rodziny, którą mogłaby tworzyć sama, gdyby pozwoliła
sobie na rozstanie z bolesną przeszłością. Psychoanalityk  brytyjski  Steiner  pisze  w  swoim 

artykule  „  Konflikt  między  żałobą  a
melancholią”  -  „rozwiązanie  melancholijne  można  rozumieć,  jako  kompromis,  w  którym
obiekt nie istnieje co prawda w świecie zewnętrznym, ale jest podtrzymywany przy życiu,
jako obiekt wewnętrzny”.   
Być  może  przypominają  się  Państwu  sytuacje  osób,  które  nie  potrafią  związać  się,
zaangażować w relację, projekt, cel, marzenie. Pozostawanie w „ kompromisie” - jak pisze
Steiner – pozwala kontrolować i nie narażać się na rozczarowanie, porażkę.  Wydaje się, że
można ująć to w prostym stwierdzeniu: nie angażując się, nie tracimy.   Nie możemy też
powiedzieć, że nasza bohaterka nie angażuje się, bo byłoby to nieprawdą. Gdyż z dużym
zapałem – oddaje się swojej pracy. Prawdopodobnie jest to zarówno wynik jej potencjału,
możliwości intelektualnych, jak i ucieczki w świat, nad, którym może mieć kontrolę.
Chciałabym, żebyśmy jeszcze przez chwilę zastanowili się, czym jest owo bieganie Alicji
Pancernik?
Czytając książkę, śledzimy myśli bohaterki związane z początkiem jej biegania. „W domu
na  Osiedlu  Przyjaźń  zepsuło  się  ogrzewanie  i  moi  współlokatorzy  upijali  się  w  brudnej
kuchni, narzekając na wszystko i wszystkich, nikt nie zwrócił na mnie uwagi, gdy weszłam.
Nic  mnie  tu  nie  trzymało  i  nie  miałam  dokąd  wracać.  Ogarnęło  mnie  uczucie  klęski  i
bezsiły. Moje życie niedobitka wydało mi się niegodne dalszych starań i pomyślałam, że nie
zostawiłabym  nic  wartego  zachowania  ani  nikogo  pogrążonego  w  rozpaczy,  gdybym
skoczyła z jednego z wieżowców na Jelonkach. Wyszłam przed dom bez kurtki, w starych
sportowych butach, swetrze i spodniach, które miałam na sobie w budce z zapiekankami,
poczułam,  jak  smród  taniego  sera  i  keczupu  wsiąka  w  późnojesienne  powietrze  miasta,
wyobraziłam  sobie,  jak  jego  resztki  zdmuchuje  z  moich  włosów  pęd  powietrza  między
dziesiątym  piętrem  a  betonowym  chodnikiem  na  dole.  Ruszyłam  w  kierunku  bloków  na
Jelonkach i nie zauważyłam, kiedy mój marsz samobójczyni zmienił się w bieg. Zaczęłam
biec nieświadomie i tak nagle, jakby ktoś trzepnął mnie w plecy, i w tym biegu stało się
coś, czego nadal do końca nie rozumiem. Tam było coś jeszcze. Najłatwiej powiedzieć, że
to  we  mnie  obudziło  się  coś  jeszcze  oprócz  niedobitka  cuchnącego  zapiekankami  i
zapragnęłam to ocalić, ale czymś jeszcze przeniknięte było też powietrze, cały świat pełen
spalin, listopadowej wilgoci i psich gówien na trawnikach”.
Wydaje się, że ten bieg Alicji Pancernik jest biegiem ku życiu, że można sobie wyobrazić,
iż  w  ten  symboliczny  sposób  autorka  pokazuje  proces  odwracania  się  od  wewnętrznej
martwoty,  zastoju  oraz  przygnębienia.  Prawdopodobnie  w  ten  właśnie  sposób  Alicja
podejmuje  decyzję,  że  wybiera  życie.  Jednocześnie  wydaje  się  to  nie  być  takie
jednoznaczne  gdyż,  czytamy  dalej:  „  Byłam  coraz  szybsza,  ale  im  czułam  się  silniejsza,
tym  gorzej  znosiłam  wciąż  obecny  strach,  gdy  za  plecami  słyszałam  czyjeś  kroki.
Wiedziałam, że ten strach dotyczy nie tylko groźby gwałtu, fizycznej przemocy, ale czegoś

nienazwanego,  co  pojawiło  się  wówczas  w  powietrzu  jak  ektoplazma  z  opowieści  Ewy.
„Kotojady”  przypominałam  sobie  imię,  jakie  specjalnie  dla  mnie,  dociekliwej  młodszej
siostry,  wymyśliła  na  to,  co  ją  dręczyło,  Kotojady  czaiły  się  na  Jelonkach,  czułam  ich
oddech.  „Bardzo  trudno  mi  wytłumaczyć,  czym  są”,  mówiła  moja  siostra.  „Istnieją
naprawdę, ale jeśli powiem, że kotojady to te i te osoby, to będzie za mało. One nigdy nie
są  po  prostu  tylko  Panem  X  albo  Panią  Y.  Są  jak  kłącza.  Potrafią  w  uśpieniu  przetrwać
zimę, potrafią przetrwać ogień”.
Można  przypuszczać,  że  na  tamten  moment,  w  którym Alicja  Tabor  wybiera  bieg,  a  nie
samobójstwo,  jest  to  ewidentny  triumf  życia  nad  śmiercią.    Jednocześnie  wzmocnienie
siebie fizyczne nie zmienia faktu, że „duchy przeszłości” – „ bezimienne przerażenie” –nie
odchodzą.  Wydaje  się,  że  w  tym  opisie  Bator  stara  się  pokazać,  jak  trudno  jest  mimo
usilnych  prób  uciec  od  niewypowiedzianych  słów,  rozpaczy,  bólu,  przygnębienia.
Najprawdopodobniej  Alicja  „twardodupiec”  bardzo  obawiała  się,  że  zatrzymanie  się  ,
próba  rozumienia  tego  co  się  wydarzyło,  byłoby  procesem  trudnym  i  osłabiającym  jej
potrzebę udowadniania sobie jak świetnie sobie radzi w życiu.
Wracając  do  powyższego  cytatu,  można  powiedzieć,  iż  kotojady  są  również  systemem
bardzo surowych karzących myśli, które często mimo prób podejmowania działań wywołują
w  nas  niemoc  i  przygnębienie.  Chciałabym  w  tym  miejscu  przytoczyć  być  może  znaną
Państwu opowiastkę pt. „ Dwaj mnisi”.
Dwóch  pielgrzymujących  mnichów  dotarło  do  brzegu  rzeki.  Ujrzało  tam  młodą,  pięknie
ubraną kobietę, która najwyraźniej nie wiedziała, co począć. Chciała, bowiem przejść na
drugą  stronę,  lecz  woda  w  rzece  była  wysoka,  a  ona  obawiała  się  zniszczyć  swój  strój.
Jeden z mnichów bez większych ceregieli wziął ją na plecy i przeniósł przez rzekę na drugi
brzeg.  
Mnisi ruszyli w dalszą drogę. Drugi z mnichów po długich przemyśleniach zaczął narzekać:  
-  Przecież  nie  należy  dotykać  kobiety,  to  niezgodne  z  naszymi  zasadami.  Jak  mogłeś
postąpić wbrew regule?  
Mnich, który przeniósł młodą kobietę przez potok, milczał przez chwilę.  
- Ja pozostawiłem ją nad rzeką jakąś godzinę temu - odezwał się w końcu - czemu ty wciąż
ją ze sobą niesiesz?  
Opowiastka  pokazuje,  jak  szybko  potrafią  się  uruchomić  wspomniane  już  przeze  mnie
karzące i surowe spojrzenia na swoje zachowanie, przemieniając się często w dręczenie.
Zabieg ten potrafi bardzo skutecznie odebrać swobodę i radość z życia. Należałoby sądzić,
iż takie myśli mogły pojawiać się również w Alicji, kiedy chciała wybrać życie.   Możemy

spróbować wyobrazić sobie głos, który jej mówi „czemu mam mieć lepiej niż moi bliscy”.
Może  być  ono  wyrazem  poczucia  winy  osoby  ocalonej.  Z  drugiej  strony  –  owo  karanie
siebie,  jest  również  wyrazem  wściekłości  do  osób,  które  nas  opuściły,  odeszły.  Równie
adekwatne mogłoby być stwierdzenie bohaterki: „ byłeś/ byłaś taka okropna”. Zostawiłaś
mnie, więc teraz patrz jak cierpię i nie mogę ułożyć sobie życia”.   Właśnie wściekłość i
poczucie  winy  jak  pisała  C.Garland,  są  naturalnymi  uczuciami,  które  pojawiają  się  w
momencie  zderzenia  z  traumą  i  wymagają  przepracowania.    Jednak  system  dręczących
myśli, skutecznie hamuje tę możliwość   
Moim zdaniem kotojady to również bolesne, traumatyczne doświadczenia zdeponowane w
naszej psychice. Działanie kłączy dobitniej jest opisane w historii Ewy, kotojady wygrywają
w niej, a ona dając im rozgościć się w swoim wnętrzu, porzuca swoje życie, pozostawia
siostrę  oraz  kochającego  chłopaka.  Bator  podkreśla  „  są  jak  kłącza.  Potrafią  w  uśpieniu
przetrwać zimę, potrafią przetrwać ogień”. Wyraźnie widać, to w historii naszej bohaterki.
Pomimo niekwestionowanego sukcesu zawodowego –pracy w jednej z największych polskich
gazet, ciekawych zleceń, mimo biegania, nie może na tyle oddalić się od wydarzeń sprzed
lat, by móc stworzyć satysfakcjonujący związek.
Kilkakrotnie  podczas  tego  wykładu  użyłam  wyrażenia  „bezimienne  przerażenie”
termin wprowadzony przez W.Biona– gdyż zagadnienie to wydaje mi się szczególnie ważne
w rozumieniu naszej bohaterki.  Caroline Garland twierdzi, że bardzo ważnym w radzeniu
sobie z traumatycznymi wydarzeniami – jest pierwszy kontakt matki z dzieckiem – co daje
prototyp  do  późniejszego  opracowania  skrajnych  uczuć,  jakie  towarzyszą  w  takich
momentach.  Pisze  ona  „  niemowlęta,  których  matki  radzą  sobie  z  paniką  wpisaną  w
niemowlęce  lęki,  z  biegiem  czasu  uwewnętrzniają  obraz  matki,  która  sobie  radzi  –  umie
zająć  się  czymś  ważnym  emocjonalnie,  a  jednocześnie  nie  traci  równowagi.  W  końcu
niemowlę uwewnętrznia – można powiedzieć – wyssa z mlekiem matki – matczyną zdolność
tolerowania  lęku  (  jej  oraz  dziecięcego)  i  radzenia  sobie  z  nim.  Uwewnętrzniona  w  ten
sposób postać matki umożliwia rozwój radzenia sobie z nimi.” (…) Trauma często naraża
człowieka  na  lęk  przed  nadchodzącą  śmiercią,  zapewne  najbardziej  podstawowy  ze
wszelkich  lęków  –  także  dla  niemowlęcia,  u  którego  stany  „  bezimiennego  przerażenia
wiążą się bezpośrednio z lękiem przed unicestwieniem.” Owo bezimienne przerażenie jest
skrajnym niepokojem przeżywanym przez niemowlę, na które trudno znaleźć uspokojenie i
słowa.   
Odwołuję się do tego, ponieważ z mojego opisu książka wiemy, że Alicja Pancernik
w dzieciństwie doświadczyła samobójczej śmierci siostry Ewy, która zastępowała jej matkę
i  ojca.    Ponieważ  tata  dziewczynek  od  „  śmierci”  swojej  żony  pogrążał  się  w  pogoni  za
szukaniem  wałbrzyskiego  skarbu  ukrytego  w  zamku  Książ.  Tym  samym  stając  się  mało
dostępny  dla  swoich  dzieci.  Poznając  swoje  losy  bohaterka  odkrywa  kolejne  mroczne  i

traumatyczne  wydarzenia  ze  swojego  życia.  Próbując  rozwiązać  historię  zaginionych
dzieci,  Alicja  poznaje  historię  swojego  dzieciństwa,  pełnego  bólu  i  cierpienia,  przed
którym  bardzo  skutecznie  próbowała  chronić  ją  siostra.  Ewa  mimo,  iż  sama  była  ofiarą
starała się pełnić rolę matki i nie dopuścić do tego, żeby cierpiała tak jak ona.
Najprawdopodobniej troska i miłość Ewy, choć nieporadna, stała się dla naszej bohaterki
prototypem  miłości  i  troski,  z  którego  później  mogła  korzystać,  chociażby  w  momencie
kiedy wybierała bieg, a nie samobójstwo. Wydaje się, że doświadczenie opieki Ewy dało
szansę Alicji na inny los niż samobójcza śmierć siostry.    
Alicja dowiaduje się między innymi, że jej mama, która nie tylko nie umiała zaopiekować
się  swoimi  dziećmi,  ale  zadawała  im  ból  i  zniszczenie.  Sama,  jako  dziecko  „została
zgwałcona przez pijanych żołnierzy i do jej środka dostały się kotojady. Nie udało się ocalić
ani  panu  Albertowi,  ani  kociarom,  kimkolwiek  one  są.  Ani  mojemu  ojcu  i  nam.  Ze
zniszczonej  dziewczynki  wyrosła  kobieta  niszcząca  wszystko,  czego  dotknęła.  Dała  nam
życie  i  śmierć  jednocześnie”.  W  tym  momencie  otwiera  się  przed  nami  kolejny  bardzo
szeroki temat, a mianowicie zagadnienia związanego z traumą pokoleniową.  
Odnosząc się do wcześniejszej myśli M.K, związanej z założeniem, że sposób przeżywania
utraty  czy  wydarzeń  traumatycznych  koreluje  z  opieką  macierzyńską  we  wczesnym
dzieciństwie,  pozwala  nam  przypuszczać,  że  zdolności  naszej  bohaterki  mogły  być
ograniczone  w  tym  zakresie.  Budzące  się  przerażenie  w  czasie  biegu  mogło  być  równie
dobrze ożywaniem bardzo wczesnych „nie zaopiekowanych” jej lęków.
Ciekawe  jest  to,  że  Bator  w  książce  powołuje  do  życia  kotojady  -  niosące  zniszczenie  i
udręczenie kłącza myśli, które mogą w każdej chwili się pojawić, ale również powołuje do
życia  kociary  –  kobiety,  które  pojawiają  się  znikąd,  i  niosą  pomoc,  tym,  którzy  w  danej
chwili tej pomocy potrzebują. Próbowały one również pomóc mamie Alicji zagoić zadane
rany.
Zwróćcie Państwo uwagę na zabieg słowotwórczy Bator: kotojady i kociary. Autorka książki
używa na określenie opozycyjnych znaczeń, słów zaczynających się taką samą sylabą  ko  -
mamy  kotojady,  czyli  coś  złego,  niszczącego  i  kociary  –  czyli  kogoś  opiekującego,
troskliwego,  niosącego  pomoc.    Być  może  w  ten  sposób  chce  nas  uwrażliwić  na  to,  jak
blisko mogą być obok siebie i przeplatać się ze sobą możliwości, potencjał oraz zniszczenie
i niemożność w radzeniu sobie z konsekwencjami trudnych wydarzeń.  
Wydaje  się,  że  autorka  w  dość  konsekwentny  sposób  buduje  akcje  książki  wokół  tego
założenia, gdyż z jednej strony widzimy trudność Alicji przez wiele lat z tym, aby uporać
się  z  przeszłością. Ale  kiedy  podejmuje  już  decyzję  o  powrocie  Bator  otacza  ją  innymi
bohaterami, którzy z oddaniem i troską pomagają jej zmagać się z bolesną przeszłością. Moim 

zdaniem  ten  zabieg  odzwierciedla  wewnętrzną  psychologiczną  dynamikę  bohaterki
posiadającej  zarówno  możliwości,  np.  dzięki  siostrze  i  jej  staraniom,  jak  i  ograniczenia
wynikające chociażby z kontaktu z matką w radzeniu sobie z przeciwnościami.
Jedna z ostatnich scen książki opisuje podróż bohaterki do miejsca, w którym przebywa jej
mama. W końcowej scenie Alicja przystaje nad morzem i dowiadujemy się „ wróciłam do
samochodu, by obudzić dziewczynkę, która całą drogę przespała na tylnym siedzeniu, tuląc
do policzka pluszowego kota”. Tym samym możemy się domyślić, że Alicja przejęła opiekę
nad  dzieckiem.  Dziewczynka  jest  jednym  z  uratowanych  wałbrzyskich  dzieci.   To  o  nich
przyjechała pisać nasza bohaterka. Andżelika jest dzieckiem, które już wcześniej zostało
mocno  skrzywdzone,  przebywała  w  domu  dziecka.  Można  powiedzieć,  że  uczucia
niechcenia i opuszczenia znała tak samo dobrze jak nasza bohaterka. Można pomyśleć, że
pisząc reportaże Alicja próbowała rozumieć czyjeś historie, a nie swoje. Dopiero po latach
znajduję  siłę,  aby  powrócić  do  rodzinnego  domu.  A  tam  z  pomocą  grona  życzliwych
„  ogrodników”  może  zaowocować,  czyli  chociażby  związać  się  na  stałe  z  zaadoptowaną
dziewczynką.  Ale  aby  do  tego  doszło  „  niewypowiedziane  i  nienazwane  musi  zostać
wypowiedziane  i  nazwane”.  Na  tym  też  polega  proces  psychoanalityczny.  Pan  Albert
przerywa  zakaz  ojca  Alicji  i  opowiada  jej  historię,  która  nie  jest  dla  niej  przyjemna.
Dowiaduje  się  prawdy  o  kochanych  najbliższych  osobach,  o  szaleństwie  swojej  matki,
bezradnym ojcu wobec jej szaleństwa, o jego ucieczkach od przerażającej rzeczywistości,
o  morderczych  czynach  swojej  siostry.  Bohaterka  słyszy  straszne  rzeczy,  ale  to  jej  nie
zabija.  Lecz  odwrotnie  czyni  ją  silniejszą,  powoduje,  że  może  pojechać  do  szpitala
psychiatrycznego gdzie jak dowiaduje się od Alberta nadal żyje jej matka.
Można  powiedzieć,  że  to,  w  co  wierzymy  stając  się  terapeutami,  tutaj  się  realizuje.
Mianowicie - prawda leczy. Alicja może powiedzieć „ mam czas- mnóstwo nowego czasu”.
Być może mówiąc innymi słowy mam czas, aby poznać siebie, a tym samym zyskać szansę
na nową jakość życia.
Wydaje  mi  się,  że  osoba  decydująca  się  na  terapię  również  potrzebuje  w  sobie  znaleźć
przyzwolenie na danie sobie czasu, aby zyskać „nowy czas”.  
Wracając  do  naszej  bohaterki  mam  wrażenie,  że  adopcja Andżeliki  z  jednej  strony  jest
aktem  reparacji  względem  swojego  pokiereszowanego  dziecięcego  aspektu,  a  z  drugiej
strony wyrazem wdzięczności względem tego, co dostała od siostry.   Tym samym, można
powiedzieć, że Bator konstruuje w ten sposób happy end. Chociaż nie do końca, gdyż dla
jej bohaterki tworzenie trwałego związku wydaje się być dalej wyzwaniem.  
Być  może  powrót  do  domu  po  15  latach,  podróż  w  głąb  swojej  historii,  relacja  z
bratankiem pana Alberta, rozwiązanie sprawy zaginionych wałbrzyskich dzieci oraz adopcja
są  takim  metaforycznym  przekręceniem  klucza  w  drzwiach  do  odbudowy  siebie.  Alicja

Pancernik  w  pewnym  momencie  stwierdza:  „dla  mnie  na  tym  polega  życie.  Żeby
rozumieć”. Słowa te dają nadzieję, że w naszej bohaterce jest chęć i potencjał „naprawy”
siebie, ale nie wiemy czy tego dokona.  
Podsumowując,  na  podstawie  książki  Joanny  Bator  chciałam  Państwu  pokazać,  iż  natura
depresji związana jest między innymi z niemożnością przepracowania utrat.
Na  początku  swojego  wystąpienia  postawiłam  hipotezę  iż  niemoc  i  przygnębienie  są
naturalnymi  uczuciami,  które  mogą  się  pojawiać  w  różnych  momentach  naszego  życia.
Nadal uważam, że to prawda. Próbując przybliżyć naturę depresji odwołam się do fikcyjnej
historii Alicji Tabor, która w dużej mierze przepełniona jest przygnębieniem i niemocą, z
którą dzielnie próbuje sobie radzić.  
W moim odczuciu kluczowym jest rozróżnienie źródła naszego przygnębienia i niemocy. Czy
są  one  naturalnym,  adekwatnym  uczuciem  powstałym  w  reakcji  na  smutne,  codzienne
zdarzenia,  nad  którymi  możemy  się  zatrzymać,  czy  raczej  wynikają  z  bardziej
skomplikowanych zdarzeń w naszym życiu i „zmuszają” nas do ucieczki.
Bibliografia:
1. Freud Z. (1917) „ Żałoba i melancholia”. W: „Psychologia nieświadomości”, KR.
2. Klein M. ( 1940) „ Żałoba i jej związek ze stanami maniakalno – depresyjnymi”. W:
„ Miłość, poczucie winy i reparacja”, GWP
3. Steiner J. ( 2005). „ Konflikt między żałobą a melancholią”. W: Psychoan.Quarterly
74
4. Bator J. ( 2013). „ Ciemno prawie noc”. W.A.B
5. A. De Mello ( 2006). „ Dwaj mnisi”. W: „ Śpiew ptaka”  Zysk i S-ka Wydawnictwo
Autor wystąpienia - Urszula Mróz
www.psychoterapiawroclaw.com


 
Więcej artykułów…
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 następna > ostatnia >>

Strona 4 z 6